programowanie

Jak uciec z tutorial purgatory?

Słyszałeś kiedykolwiek o czymś takim, jak tutorial purgatory? Bo ja trafiłam na to pojęcie całkowitym przypadkiem, a okazało się ono po pierwsze całkiem ciekawe, a po drugie – chyba większość programistów, zwłaszcza samouków, tego doświadczyła. Albo doświadczy. Albo doświadcza teraz, nawet o tym nie wiedząc.


Czasami wydaje mi się, że programiści są trochę rozpieszczeni. W tym przypadku przez ogólną dostępność materiałów do nauki – ogrom książek i przynajmniej dwa razy tyle kursów online, materiały darmowe, materiały płatne, dla początkujących, średniozaawansowanych, zaawansowanych i tak dalej. Z jednej strony to cudownie – nie wiem, czy w innych branżach możliwość poszerzania swojej wiedzy jest aż tak łatwo dostępna. Z drugiej jednak może powstrzymywać nas przed rzeczywistym rozwojem.

Co mam na myśli?

Nie trudno znaleźć w internecie opowieści ludzi, którzy odnieśli sukces w branży – na przykład napisali innowacyjną (i często bardzo lukratywną) aplikację. Zapewne przynajmniej raz wpadłaś na tekst, w którym taki ktoś zdradza swój tajny sposób na sukces. Pisanie dużej ilości projektów.

Szok i niedowierzanie.

A ty siedzisz przed swoim komputerem i nadal trzaskasz kurs za kursem, bo uważasz że nie wiesz wystarczająco wiele, aby ruszyć ze swoim własnym projektem. Ale kiedy skończysz ten tutorial, to już na pewno będziesz wiedział wszystko i osiągniesz ten poziom wiedzy, który pozwoli ci na napisanie własnej apki. Potem mówisz tak o kolejnym, kolejnym i kolejnym…

Witaj w tutorial purgatory – miejscu, w którym wszyscy czujemy się niedostatecznie pewnie, aby stworzyć coś na własną rękę!

Bo wiesz, to nie jest tak, że dopiero po osiągnięciu pewnego mitycznego poziomu doświadczenia możesz napisać coś fajnego, a wcześniej to nawet nie ma co zaczynać, bo po co. Nawet jeśli masz pomysł, boisz się go zrealizować, bo przecież jest tyle rzeczy, których jeszcze nie wiesz. Tylko, że… zawsze będziesz miał wrażenie, że nie wiesz wystarczająco wiele (o, witaj, słodki syndromie oszusta, niech cię szlag), a w którymś momencie musisz zacząć programować na własną rękę – oczywiście, jeśli myślisz o tym na poważnie. A im wcześniej się przełamiesz, tym lepiej.

Kiedy zastanowisz się nad tym dłużej, to nie jest nawet wina tych wszystkich tutoriali. Tutoriale są naprawdę spoko i można się dzięki nim naprawdę wiele dowiedzieć… o ile wiesz, jakiej wiedzy potrzebujesz i do czego ją wykorzystasz. A tymczasem my (używam tu liczby mnogiej, bo mnie też ten problem dotyczy, spokojnie) chcemy nauczyć się jak najwięcej, w nadziei, że ta wiedza przyda nam się w przyszłości. Ale rozwój bez konkretnego celu ma więcej wspólnego z prokrastynacją niż z rozwojem. Masz poczucie, że robisz coś super produktywnego, ale w praktyce nie wynosisz z tego zbyt wiele. Szkoda na to czasu.

Dlatego ja też postanowiłam w końcu rozpocząć swój poboczny projekt, mając nadzieję, że pozwoli mi on lepiej poznać Django. Projekt nazywa się fanfic.io i jest zainspirowany moją słabością do wszelkich fanfiction i słowa pisanego ogólnie. Postanowiłam stworzyć kopię Archive Of Our Own, a więc miejsce, gdzie autorzy mogą publikować swoje opowiadania, a czytelnicy komentować je i obserwować ulubione konta. Przyznaję, nie jest to może najambitniejszy projekt, ale czy taki być musi, jeśli robię to dla przyjemności?

Póki co, moje fanfic.io jest w powijakach, bo uczelniane życie mnie w końcu dopadło po przerwie świątecznej i cóż, chcąc nie chcąc, musiałam zająć się projektem zaliczeniowym z algorytmów i struktur danych. Ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło – dzięki temu doceniłam potęgę, jaka kryje się w pet projects – to niesamowite, jak fajnie pracuje się nad czymś bez przymusu i deadline’ów.

Nie wykluczam, że będę na bieżąco meldowała o moich postępach, bo w sumie jest to całkiem motywujące – no i możesz zawsze wrócić do takich wpisów, kiedy masz słabszy dzień. I zobaczyć że, ojej, kiedyś mi wychodziło, więc niedługo znowu zacznie, mogę już chyba przestać się użalać.

Ale póki co wracam do moich cudownych sześćdziesięciu pytań na egzamin z algorytmów. Ach, sesja.

Python, koty i kolorowe skarpetki.