inne

#podsumowując: styczeń 2019

Słowem wstępu: kiedy podsumowywałam rok 2018, złapałam się na tym, że wielu przyjemnych rzeczy nie pamiętałam, bo zginęły w natłoku rzeczy ważnych, mniej ważnych i nowych. Teraz chcę tego uniknąć, a przy okazji opisując wszystko to, co stało się w ciągu ostatniego miesiąca, w końcu dostrzec, że hej, całkiem sporo robisz, Monia. Bo o tym też często nie pamiętam.

Przedstawiam pierwszy wpis z cyklu #podsumowując 🙂


Odbyłam swoją pierwszą w tym roku rozmowę rekrutacyjną. Ale za to jaką! Jeszcze w listopadzie wypełniłam zgłoszenie na staż letni w Google. Jasne, to jest mierzenie całkiem wysoko i pewnie wielu ludzi uznałoby to za nierealne, ale brak zgłoszenia oznaczałby natychmiastową przegraną, a ja chciałam mimo wszystko spróbować.

Na początku stycznia dostałam jeszcze formularz do wypełnienia – był długi, wymagał kilku przemyślanych odpowiedzi i wyglądał, jakby wiele od niego zależało, więc klasycznie bałam się za niego zabrać. Przełamałam się – rzecz ciekawa – na ostatnim przed egzaminem wykładzie z UML-a, na którym zdecydowanie powinnam słuchać, a nie bawić się w opisywanie swoich aspiracji, ale… Udało się! Dostałam zaproszenie na rozmowę techniczną. Do Google’a. Po trzech, może trzech i pół miesiącach nauki Pythona. Wow.

Rozmowy w zasadzie były dwie – w moim przypadku godzina po godzinie, chociaż można było rozłożyć je na dwa różne dni. Odbywały się przez Google Hangouts, także mój stres był nieco mniejszy dzięki temu, że mogłam bezpiecznie siedzieć w swoim mieszkaniu w spodniach od piżamy i nikt mnie za to nie oceniał. Każda z nich trwała 45 minut i polegała głównie na live-codingu. Pierwsza z nich poszła mi całkiem nieźle, ale w drugiej zaplątałam się nieco w treści zadania.

Odpowiedź od mojej rekruterki przyszła po tygodniu i, niestety, mówiła o końcu mojego procesu rekrutacyjnego. Czy byłam zawiedziona? Jasne, kto by nie był. Ale teraz wydaje mi się, że miałam niesamowitą szansę sprawdzić się w boju i nie było to wcale trywialne zadanie. Teraz z niecierpliwością czekam na kolejne: po rozmowie po angielsku z ludźmi z Google każda rozmowa techniczna w Warszawie wydaje się nieco prostsza.


Udało mi się zaliczyć semestr z oszałamiającą średnią 4,8. Cieszy mnie to tym bardziej, że wszystkie cztery przedmioty egzaminacyjne zaliczyłam jeszcze przed sesją i ze wszystkich dostałam 5. (Nawet z tego nieszczęsnego UML-a.)

Najbardziej dumna jestem chyba z piątki z algorytmów i struktur danych – egzamin pisemny zaliczyłam w zerowym terminie, a na ustny ruszyłam jako pierwsza i po całych czterech minutach wyszłam z oceną. Zadowolenie rośnie wprost proporcjonalnie do ilości usłyszanych opowieści moich kolegów i koleżanek, którzy odpowiadali po mnie.


Zaliczywszy semestr, mogłam wrócić do pisania mojej aplikacji, o której wspominałam we wpisie o tutorial purgatory. W kilka dni od podstaw udało mi się ogarnąć system kont użytkowników i powiązać ich z tworzonymi pracami. Zauważam też u siebie coraz większą radość z rozwiązywania napotkanych problemów oraz to, że to one motywują mnie do dalszej nauki – a nie perfekcyjny produkt końcowy. To duży progres, bo wcześniej bałam się jak ognia zagadnień, które obnażyłyby moją niewiedzę i wolałabym raczej zrezygnować z funkcjonalności niż przyznać się, że czegoś nie wiem. Na szczęście mam u swojego boku przyjaciół, który potrafią otworzyć mi oczy na takie zachowania i zapewnić wieczorną sesję coachingową na messengerze (też ciężko mi w to uwierzyć, ale podziałała). Teraz wprost nie mogę oderwać się od kodu. Czy tak wygląda pasja?


Po raz pierwszy odważyłam się pokazać mój wpis na grupie Programuj, dziewczyno i dostałam całkiem pozytywny feedback. Dzięki, laski! Nawet nie wiecie, jakiego to daje kopa do działania.


Ej, jak tak teraz na to patrzę, to styczeń był bardzo przyjemny. No, może poza chwilami, kiedy chciałam rzucić studia przez natłok egzaminów, ale bądźmy szczerzy, kto nie przechodzi przez ten etap tuż przed sesją.

Całkiem fajny ten nowy rok. Dajcie mi więcej.

Python, koty i kolorowe skarpetki.